Smoki fandomu

Sceny z życia smoków
(fandomu)




odc. 13

1986 (3)


Wiktor Bukato (8K)
Wiktor Bukato -
Gość Honorowy Polconu 1997

   Niniejszy odcinek jest 13, ale miejmy nadzieję, że nie pechowy i uda się mi się dokończyć opowieść o mojej podróży do USA. Nie będzie to łatwe, bo pełen wrażeń pobyt w Los Angeles trwał dwa tygodnie, a jeszcze przecież wyjazd na Florydę... Postaram się streszczać.
   Jak już wspominałem, główną atrakcją pobytu w Los Angeles miały być 70 urodziny Forry'ego, na które zaprosił kilkaset osób, głównie oczywiście ze Stanów, ale nie tylko. Przyjechali państwo Shibano z Japonii, Georges Gallet z Francji, Rumunka Cornelia (obecnie ze Szwecji) i wiele innych osób. Niemniej, uroczystości miały się odbyć dopiero w drugiej części pobytu, a tymczasem Ackermanowie podejmowali Cornelię, Georgesa i mnie zwiedzaniem Los Angeles. Widziałem większość tamtejszych atrakcji: Disneyland, kino premierowe pod mylącą nazwą Chiński Teatr (to tam, gdzie są odciski dłoni gwiazd filmowych), studia filmowe Universalu (wówczas jedyne, które można było zwiedzać), planetarium (z pokazem laserowym) - wszystkiego nie pamiętam. Dla mnie jednak niezwykle istotne były zbiory Forry'ego...
   Jeszcze niedługo przed moim przyjazdem Forry mógł się poszczycić, że miał wszystkie książki i czasopisma sf wydane w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii; kiedy jednak rozpoczęła się moda na serie książkowe - Dr Who, Star Wars, Star Trek - dał sobie spokój. I tak w jego domu zbiorami zawalona jest cała piwnica i oba garaże, a obecnie pewnie znaczna część reszty domu. Póki żyła Wendayne, pilnowała, aby w domu dało się jakoś mieszkać, ale kiedy jej zabrakło, eksponaty rozpełzły się po wszystkich pokojach. Tymczasem jednak moje poszukiwania ograniczały się do wymienionej piwnicy i garaży.
   Czego szukałem? Oczywiście opowiadań J. T. McIntosha, o czym pisałem kilka odcinków wcześniej. Udało mi się odnaleźć niemal wszystkie brakujące. Czemu nie wszystkie? Niestety, w kompletnych zbiorach Forry'ego powstały luki spowodowane przez niektórych zwiedzających, wyznających zasadę "co twoje, to moje". Kiedy dziwiłem się, czemu, mimo wszystko, Forry nadal udostępnia swoje zbiory zwiedzającym, odpowiedział: "a co to za przyjemność, jeśli nie można ich nikomu pokazać?". No i co tu odpowiedzieć?
   Przed imprezą u Forry'ego wziąłem udział w miejscowym konwencie sf pod nazwą Lacon - niewielkim, zaledwie dwa tysiące osób... Organizatorzy zaprosili mnie do udziału w panelu pod tytułem "Humor w science fiction" obok takich znanych twórców jak Larry Niven, Jerry Pournelle i Somtow Sucharitkul. Ale nie to wydarzenie najsilniej kojarzy mi się z Laconem...
   W jednym z pomieszczeń odbywała się promocja antologii debiutantów, opublikowanej przez wydawnictwo Kościoła Scjentologicznego; nie pamiętam już tytułu. Redaktorem tej antologii był dość znany autor litewskiego pochodzenia, Algis Budrys, oczywiście zaproszony przez wydawcę. Forry znał go przelotnie i postanowił mnie przedstawić - zawsze to niemal sąsiad. Podeszliśmy więc, Forry wyjaśnił, kim jestem, ja zdążyłem coś wykrztusić, że podobają mi się jego opowiadania (miałem jeden zbiorek), i ku naszemu wielkiemu zdziwieniu Algis Budrys zmieszał się bardzo, przeprosił i natychmiast wyszedł. Popatrzyliśmy po sobie, wzruszając ramionami. "Jakiś on dziwny" mruknął Forry i poszliśmy dalej.
   Zagadka dziwnego zachowania Budrysa doczekała się wyjaśnienia cztery lata później, w czasie Worldconu w Hadze. Spotkaliśmy się nos w nos, w windzie. Poznał mnie i zaczął mówić. Powiedział, że chce przeprosić za swoje zachowanie w Los Angeles; ja zaś, zdumiony, że w ogóle pamiętał, słuchałem wręcz niesamowitej opowieści. Algis Budrys jest synem litewskiego konsula w Stanach, który po zajęciu Litwy przez Sowietów odmówił powrotu i poprosił o azyl. Azyl dostał, podobnie jak cała rodzina, ale tylko tyle. O naturalizacji mowy nie było. Algis został zwerbowany do pracy w kontrwywiadzie jako tłumacz z litewskiego - więc może chodziło o to, aby go jak najdłużej tam zatrzymać? On nie wiedział. W każdym razie obywatelstwo amerykańskie dostał ledwie rok wcześniej i pobyt w Hadze był to jego pierwszy wyjazd zagraniczny...
   A to zachowanie w Los Angeles? Po prostu wystraszył się, że może ktoś się o niego upomniał... Bo, jak mówił, obywateli amerykańskich broni rząd USA, a jego kto by obronił? Uśmiechnęliśmy się porozumiewawczo, poszliśmy na piwo i tak się zakończyła ta historia.
   Urodziny Forry'ego były, jak powiedziałem, tłumne, zorganizowane w jednym z hoteli. Siedziałem przy stole m. in. z Rayem Bradburym oraz państwem Pinckard, którzy później zaprosili Ackermanów i ich "domowych" gości na Święto Dziękczynienia, toteż poznałem tę amerykańską tradycję z pierwszej ręki, że tak powiem. A potem już ostatnie odbitki ksero, ostatnie paczki z książkami wysłane do Polski i przyszła pora wyruszać na Florydę... Teoretycznie moim celem było miasto Orlando, ale wyglądało to tak, że mieszkałem w centrum hotelowym piętnaście kilometrów od samego miasta, a piętnaście kilometrów w drugą stronę był Disney World - drugie centrum rozrywki Walta Disneya. W zasadzie wystarczyłby pierwszy Disneyland, gdyby nie EPCOT - wizja miasta przyszłości, stanowiąca oddzielną ekspozycję. Poszedłem tam - i się rozczarowałem.
   Spodziewałem się olśniewających pokazów laserowo-holograficznych - a zamiast tego wsadzili nas do jeżdżących foteli, z których można było oglądać poruszane mechanicznie kukły, wykonujące czynności, jakie zdaniem twórców będą wykonywane w przyszłości. Taką ruchomą szopkę to ja mam co Gwiazdkę u Kapucynów w Warszawie. Nieco lepiej wypadł pokaz filmu trójwymiarowego Kapitan Eo z jeszcze nie wybielonym Michaelem Jacksonem w roli głównej, ale w sumie z tego "miasta przyszłości" wyszedłem rozczarowany. Miałem nadzieję, że następny dzień mi to wynagrodzi - i tak się istotnie stało.
   Był to bowiem dzień zwiedzania amerykańskiego ośrodka kosmicznego w Cape Canaveral - a może Kennedy, już nie pamiętam, jaka nazwa wówczas obowiązywała. Ośrodek ten można normalnie zwiedzać - są specjalne autobusy, które wożą turystów po terenach otwartych do zwiedzania, które obejmują pola startowe wszystkich historycznych rakiet amerykańskich - od tych, które wynosiły pierwsze Vanguardy i Explorery, aż do Saturna 5. Pozostała część ośrodka nie jest nawet odgrodzona - po prostu nic tam nie dojeżdża poza samochodami służbowymi, do których dostęp mają tylko pracownicy.
   Mnie czekało jednak inne zwiedzanie, na które Jim Green musiał załatwić specjalne pozwolenie w Waszyngtonie - wszak gość był zza "żelaznej kurtyny". I uzyskawszy takowe wsadził mnie do wspomnianego samochodu, po czym zawiózł do hangarów, w których stały wahadłowce...
   Było to kilka miesięcy po katastrofie Challengera i wszystkie stały wybebeszone, poddawane intensywnym badaniom i próbom. Niemniej dotknięcie jednego z nich było ogromnym przeżyciem. A nie był to koniec atrakcji tego dnia...
   Po objeździe całego ośrodka Jim zabrał mnie do swego domu, a następnie na clou całego dnia, a może i całej wyprawy do Stanów. Otóż akurat na ten dzień zaplanowano start rakiety Delta z satelitą meteorologicznym - pierwszy w ogóle start po katastrofie! Po zbudowaniu wahadłowców NASA zaniedbała trochę program rakiet wielostopniowych i dopiero w pierwszych dniach grudnia nastąpił start pierwszej z nich. I akurat zbiegło się to z moim przyjazdem! Doprawdy, lepszego fajerwerku na zakończenie podróży nie mogłem sobie wymarzyć.
   Pojechaliśmy wszyscy samochodem (do dziś mam przepustkę), stanęliśmy na rampie i czekaliśmy. Nawet niezbyt długo. A potem... nie, nie jestem w stanie tego opisać. W każdym razie coś niebywale wspaniałego.
   Następnego dnia, bogaty w liczne wrażenia i doświadczenia, wracałem już do Polski. Zbliżał się rok 1987, a wraz z nim kolejne niespodzianki...

Wiktor Bukato





| Wieści | | Nagrody | | RAZ prawą |
| Książki | | Imprezy | Buckland |
| Sceny z życia smoków | | Premiery grudnia |
| Strona tytułowa Miesięcznika |


Strona główna Śląskiego Klubu Fantastyki